|
Blizny i pęcherze na rękach didżeja
Jak to jest być kierowcą fabrycznym? Jakie niesie to za sobą korzyści, jakie nakłada obowiązki?
– Jest bardzo wiele korzyści. Przede wszystkim korzystanie z technologii, do których dostępu nie mają kierowcy nie będący objęci opieką fabryki. Uczestniczę w rozwoju samochodu cały czas, mam testy przed sezonem i między rajdami. Samochód jest non stop rozwijany, rozwijany pode mnie. Inżynier wymyśla nowe rodzaje sprężyn, dostosowane do mojego stylu jazdy, itd., itd. Normalni klienci, którzy wynajmują te samochody, nie mają takich możliwości. No i w zespole fabrycznym nie ma przesadnego ograniczania kosztów – myślenia typu: „tutaj przyoszczędzimy trochę na hamulcach, tu czegoś innego nie wymienimy, bo jeszcze da się jechać”. W zespole fabrycznym wszystko w autach jest wymieniane z dużym wyprzedzeniem, nie czeka się do śmierci technicznej danej części. To są zdecydowane zalety jazdy w zespole fabrycznym.
A obowiązki?
– Na pewno jest większa presja. Bo ja zdaję sobie sprawę z tego, że dysponuję najlepszym samochodem z możliwych – i że reprezentuję barwy Suzuki Sport Europe i Suzuki Motor Poland. To mnie zobowiązuje do dawania z siebie wszystkiego i jak najszybszej jazdy.
Poza ściganiem w rajdach robi Pan jeszcze parę innych rzeczy w życiu. Przeczytałem, że Michał Kościuszko to też didżej...
– Zdecydowanie przed DJ– owaniem są studia – zarządzanie biznesem na Polish Open University w Krakowie. One zajmują mi sporo czasu. Oprócz tego praktycznie codziennie zajmuję się poszukiwaniem sponsorów, budowaniem sobie budżetu na przyszły rok, ale też poszukiwaniem sponsorów na najbliższe rajdy... Jeżeli chodzi o „didżejing” to jest to tylko moje hobby i sposób na spędzanie wolnego czasu, odreagowanie. Traktuję to jako zabawę.
Gra Pan gdzieś publicznie? Można Pana gdzieś zobaczyć, usłyszeć?
– Od czasu do czasu gram w zaprzyjaźnionych klubach, w Krakowie grałem m.in. w klubie Frantic. To jest dla mnie duża frajda, kiedy mogę stanąć za deckami (gramofonami – przyp.) przed publicznością. Przyznam jednak, że czasem denerwuję się bardziej, niż na starcie odcinka specjalnego. Bo w rajdówce doskonale wiem, co mam robić, a tutaj czasem jeszcze się „zamotam”...
Wspomniał Pan o szukaniu sponsorów. Potrzebni są jeszcze na ten obecny sezon?
– Przed nami jeszcze trzy rajdy, m.in. Rajd Polski w Mikołajkach (runda mistrzostw świata, 26–28 czerwca – przyp.) – i cały czas usiłuję znaleźć jakiegoś partnera na tę imprezę. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to do Mikołajek przyjedziemy jako liderzy JWRC. Teraz prowadzimy w klasyfikacji, przed nami (w najbliższy weekend) Rajd Sardynii; jeśli nie powinie nam się tam noga, to utrzymamy prowadzenie. Moim cichym marzeniem jest, by w tym roku świętować mistrzostwo świata JWRC, ale jest to sport bardzo techniczny i wszystko może się wydarzyć. Nie ukrywam, że ze znalezieniem sponsora jest teraz bardzo ciężko. Codziennie wysyłamy po kilkanaście ofert, ale nie ma dużego odzewu.
Jaka będzie Pana przyszłość? Czy to, co będzie Pan robił w sezonie 2010, jest uzależnione od końcowego wyniku w tym roku, od zdobycia mistrzostwa świata JWRC?
– Na pewno tak, tegoroczny wynik jest to jedna ze składowych tego, jak wyglądał będzie przyszły rok. Aby moja kariera mogła dalej się rozwijać, niezbędne jest zdobycie tytułu. Gdyby to się udało, to droga do WRC – a to jest moje marzenie, mój cel – byłaby bardziej otwarta.
Co najfajniejszego do tego pory zdarzyło się Panu w karierze rajdowca? Pierwsze zwycięstwo w JWRC na Sardynii w ubiegłym roku?
– Tak, właśnie to. Przez trzy dni walczyliśmy na ułamki sekund, w bardzo mocnej stawce. Przegrał z nami wtedy m.in. Sebastien Ogier, ubiegłoroczny mistrz JWRC, który jeździ teraz już samochodem WRC. Pokonaliśmy na Sardynii Martina Prokopa, Patrika Sandella – bardzo dobre i znane nazwiska w świecie rajdowym. Po ostatnim odcinku cieszyliśmy się ogromnie, na dodatek naprawdę fajne było zachowanie rywali, z którymi się ścigaliśmy. Zaczęli nas podrzucać na rękach, cieszyć się razem z nami. Nie było żadnej zawiści, naprawdę przyjacielska atmosfera.
Pytałem o najprzyjemniejszy moment w karierze – a jaki był ten najmniej miły? Mocny „dzwon”, kontuzja, awaria auta?
– „Dzwonów” miałem już, niestety, bardzo wiele. Jak każdy kierowca rajdowy. Inżynier u nas w zespole mówi, że jeśli kierowca raz w roku nie będzie miał wypadku, to znaczy, że nie rozwija się, nie jeździ szybko. Bo musi dotknąć „tej” granicy – i czasem ją przekroczyć... Mój najtrudniejszy moment miał miejsce też w ubiegłym roku, na Rajdzie Katalonii. Walczyliśmy o drugie miejsce, które dawałoby nam szansę na walkę o tytuł mistrzowski na Korsyce. Niestety, pękła linka gazu – taka prozaiczna usterka, która nigdy wcześniej się nie zdarzała. Stanęliśmy na drodze, było już wiadomo, że jest po walce. Oczywiście, wyskoczyliśmy z auta i usunęliśmy awarię, ale rajd skończyliśmy na 9. miejscu i szanse na mistrzostwo były przekreślone. Skończyło się piątym miejscem na koniec sezonu.
Rozmawiał
Tomasz Bochenek
Pełny wywiad ukazał się w Dzienniku Polskim, 18 maja 2009 r. www.dziennikpolski24.pl
|